Martyna

... pojechała

Z Gruzińskiego stepu

Zastanawiałam się, czy napisać.

Ale kto powiedział, że to strona o Papui, czy czymkolwiek wcześniej zdefiniowanym.

Jestem w Gruzji. Postanowiłam, że napiszę, bo trafiłam w miejsce niezwykłe.

Udabno. Miasteczko na samym środku niczego. Efekt bujnej wyobraźni i polotu Związku Radzieckiego.

W kompletnym bezkresie stepu, półpustyni w zasadzie, powstała wioska z przesiedlonych tu Swanów, którzy jako ludzie gór mieli zająć trudną ziemię i ochronić ją od azerskich napaści. Związek nawet, w przypływie finezji zapewnił pompy wodne, mające zapewnić plony tu, gdzie nie miało prawa nic urosnąć.

I działało to – aż do upadku Związku. Dzisiaj większość domów stoi pustych, albo służą za schronienie zwierzętom. Wieś przypomina krajobraz po kataklizmie, który zdziesiatkował miejscową ludność.

Na środku niczego zatem, wśród okolicznych ruin i zastępów kaukazkich psów, strzegących stad, stoi wyróżniający się budynek. Udabniany hostel. Co więcej, polski hostel.

20151010144421

Piszę ten post na kartce papieru, z zamiarem przypisania go kiedyś tam, w równoległym, zdawać by się mogło świecie, wsłuchując śpiewu Gruzina przy akompaniamencie gitary.

Piszę, popijając lokalne wino. I, bynajmniej, nie z tego ostatniego powodu – jest mi dobrze.

20151011155217

Można pisać dużo. Można milczeć. Można patrzeć na kilometry pustkowia dookoła, który to już raz zazdroszcząc miejscowym.

Można się rozpłynąć.

Wróciłam :)

Do napisania tego postu zbieram się od 2 tygodni. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, najprawdopodobniej będzie to mój ostatni wpis w najbliższym czasie, zanim wyjadę znowu 🙂

Z rzeczy formalnych:

– Wróciłam, żyję i mam się dobrze 🙂

– Spotkanie powyjazdowe odbędzie się, ale najprawdopodobniej dopiero w październiku. Jedno w Jastarni, drugie w Poznaniu 🙂

– Teraz zabieram się za Wasze kubki, kalendarze i pocztówki. Te ostatnie wyślę, ale niestety będą zrobione ze zdjęć już tu na miejscu – nie odnalazłam nic sensownego, a naprawdę się starałam.

 

 

Droga powrotna minęła mi bez dodatkowych przygód. Co prawda skóra schodziła mi płatami po spaleniu ostatniego dnia, pozostawiając różowe plamy a gdzieniegdzie strupy, więc w pociągu nie miałam problemów ze znalezieniem miejsca siedzącego, ludzie delikatnie rzecz ujmując, nieco mnie unikali. Szczególnie słysząc moje rozmowy przez telefon „Nie, nie mogę w tym tygodniu. Musze położyć się do szpitala.” i później „Nie nic mi nie jest, muszę się odrobaczyć.” 🙂

Tak też trafiłam na kilka dni do Kliniki. Na szczęście nic szczególnego nie wzbogaciło mojego życia wewnętrznego 🙂

Gorzej było z terapią antyretrowirusową. Po powrocie, zapewne też przez zmęczenie i jet lag, objawy niepożądane nieco się nasiliły, co spowodowało halucynacje i  zaniki pamięci, co było dość przerażające, bo zdarzyło mi się nie poznać przyjaciela i pytać się po angielsku, kim właściwie jest i co robi w Papui. Polecam więc unikanie ekspozycji na wirusa 🙂 Chociaż oczywiście polecam branie tabletek w przypadku narażenia, mimo, że miejscowi mają inne wyobrażenie na ten temat i mówią otwarcie – dobra robota? To nie ma HIV 🙂

Powrót do Polski jest ciężki i nawet po tak stosunkowo krótkim pobycie. Nie mówię już nawet o mało przyjemnych temperaturach, o ludziach, których zagaduję, bo jakoś mi dziwnie, że obcy się do siebie nie odzywają. Mówię o pędzie życia. O tym, że sami narzucamy sobie bezsensowne zasady, których musimy przestrzegać, choć sami za bardzo nie wiemy, co się stanie jeśli ich nie wykonamy. Możesz teraz myśleć, że to nie o Tobie, ale uwierz mi – jest. Naprawdę obiad o wyznaczonej godzinie, sprzątanie łazienki, wyniesienie śmieci albo korki na drodze nie muszą być ważniejsze od Twojego spokoju.

Ciężko też wrócić do realiów szpitali, w których chirurg nie może podać leków obniżających ciśnienie bez konsultacji z internistą…

Tak na koniec…

IMG_8486

IMG_8501

IMG_8707

IMG_8736

IMG_8814

IMG_8766

Em ta sol

Wyjątkowo wiem od czego zacząć.  Mianowicie – jest mi smutno.

Jestem na Singapurskim lotnisku i mam ładnych kilka godzin przerwy. Ostatnią dobę spędziłam w stolicy PNG Port Moresby, czyli już prawie dwa dni jak zostawiłam Madang. Nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do polskiej rzeczywistości.

W Singapurze jest przewidywalnie nudno i bezpiecznie, nie trzeba oglądać się na prawo i lewo czy nikt nie podbiegnie z busznajfem. Nie pomyślałam, że nawet o tym można myśleć z rozrzewnieniem :p

Zostawiłam za sobą kraj, w którym można się zakochać albo chcieć z niego uciekać.  Chyba nie muszę wspominać,  do której grupy się zaliczam. Tak, jak i tego, że wiem, że wrócę. Kiedyś dziwiło mnie, że ludzie jeżdżą na misje tak często w jedno miejsce, kiedy świat jest taki duży.

Ostatnie dni obfitowały w emocje.  Przedwczoraj koledzy ze szpitala zorganizowali dla mnie pożegnalny rejs moją ulubioną szybką motorówką. Tak więc cały dzień spędziliśmy na morzu, zatrzymując się jedynie na odpoczynek na bezludnych rajskich wysypkach i ewentualnie po to, żeby wyskoczyć z łodzi popływać. Oglądaliśmy z łodzi miejsca, które były związane juz z naszymi wspólnymi wspomnieniami, śpiewając „another day in paradise”.

Spróbowałam nawet bułaju, chociaż nie zrobił na mnie wrażenia.  Na pewno nie takiego jak się spodziewałam 🙂 Piliśmy za to dobre papuaskie piwo, i co ciekawe – za każdą moją kąpielą zostawałam obdarowana nowym, co co prawda mi nie przeszkadzało (bo nowe było zimne!), ale w końcu nie wytrzymałam i zapytałam o co chodzi. Powiedzieli, że byłoby to bardzo niegrzeczne, gdyby pozwolili mi pić dalej. Na moje zdziwienie odpowiedzieli jeszcze większym, że przecież mogliby wrzucić mi tam truciznę jak nie patrzyłam.

Po prawie 6 tygodniach nauki, zaliczyłam też największą kulturową wtopę 🙂  Zostałam odebrana na rejs rano ze szpitala, a więc miałam na sobie zwykle ubrania, pod nimi bikini. W mojej bilumie miałam też ubrania do pływania (kobietom nie wypada się rozebrać), ale niestety nie było chwili ani miejsca, aby się przebrać. Żeby nie gorszyć chłopaków (a było ich 7 plus ja) postanowiłam pływać w zwykłej koszulce a zdjąć tylko spodnie, po uprzednim zapytaniu czy to ok. Oczywiście przytaknęli. Dopiero w domu przypomniało mi się, że przecież w PNG to uda są najbardziej erotyczną częścią ciała 😉 Nie pomyślałam o tym nawet w chwili, kiedy pielęgniarz biegał za mną z moimi spodniami. W dodatku rzuciłam do niego, że jak tak mu się podobają, to może je sobie wziąć 😉

Na pożegnanie usłyszałam od nich najlepszy komplement, który mogłam sobie wyobrazić.

„Myśleliśmy, że jesteś kolejną białą wolontariuszką, która czuje się od nas lepsza.  Ale teraz wiemy, że tak naprawdę jesteś czarna”

 

Phil Collins – Another Day In Paradise

Taki tam ckliwy post ;)

Jest piątek wieczór, w najbliższą środę opuszczam Madang.

Może przez to, a może przez cudny widok z pełnią księżyca, w którą się wpatruje, mój nastrój zrobił się nieco nostalgiczny.

Niedaleko widać ognisko. Papuasi kochają ogień. Palą wszędzie i wszystko co mogą, nawet jeśli to jedynie śmieci. Ogień ich jednoczy. Przy nim siedzą wieczorami, na ogniskach w łupinach kokosów gotują – często nawet jeśli mieszkają w miastach i mają kuchenki. Siedzą więc i snują swoje opowieści. Kobiety robią bilumy – kolorowe torby, do których włókna same zbierają, dziergają, a kiedy są już gotowe, farbują naturalnymi barwnikami. Żują bułaj. Są spokojni.

Za tym spokojem będę tesknić najbardziej. To chyba największy paradoks tego miejsca. Ludzie nie mogą przejmować się wszystkim, co im grozi, więc nauczyli się nie przejmować niczym. Tu na wybrzeżu przyjmuje to szczególny wymiar, bo nawet nie muszą dbać o jedzenie – coś z drzewa zawsze spadnie.

I to się udziela – bo musi. Inaczej biali po tygodniu wracaliby do swoich cywilizowanych krajów.

Nigdzie nie czułam takiego spokoju jak w Nowej Gwinei. Nie przejmuje się tym, co może się przydarzyć, nie martwię, co będzie jutro. Nie ma pośpiechu, nie trzeba nawet spieszyć się do pracy. Jeśli pojawię się pół godziny później, przywitają mnie te same uśmiechy. Robię to, co mam ochotę robić, do niczego się nie zmuszam. A wieczorami kładę się do łóżka (i kiedy nie ma w nim robaków;p) uśmiecham się do siebie, bo jestem tak po prostu szczęśliwa. Nie wiem co przyniesie kolejny dzień, ale wiem, że będzie dobry. Wciąż spodziewam się niespodziewanego i wciąż się zaskakuję.

Ludzie się uśmiechają gdziekolwiek są i pozdrawiają nawet obcych. I choćbyśmy chcieli to wprowadzić w naszym kraju, to nie będzie działać. Chociaż chciałabym, żeby było inaczej, kiedy ktoś przygląda mi się dłużej w Polsce – myślę, że czas zmienić lokalizacje, mimo, że na ulicach jest bezpieczniej.

Ludzie są prawdziwi. I źli i dobrzy, ale prawdziwi. Robią to, co uważają za słuszne. Są prości – zwyczajnie i pięknie.

Trudno to wszystko zrozumieć, biorąc pod uwagę to wszystko złe, co dzieje się w tym kraju, ale może dlatego, to co dobre tak bardzo się rzuca w oczy.

Nie spodziewałam się spotkać tu tylu wspaniałych ludzi. Nie lubie wielkich słów, ale nie wiem czy gdziekolwiek spotkałam się z takim zagęszczeniem ludzi, którzy chcą mi pomóc, mimo, że to ja przyjechałam pomóc im.

Naprawdę będę tęsknić.

Różności

Nigdy nie wiem jak zacząć.

Szczególnie, kiedy kusi mnie wizja małej drzemki. Ale nic to,  wróciłam z pracy, zrobiłam pranie i usiadłam przy przepysznej papuaskiej kawie. Dzień jak co dzień 😉

Czuję się znacznie lepiej niż ostatnimi dniami, kiedy to trochę mocniej się przeziebiłam, co przy lekach, klimacie i kilku innych czynnikach, powoduje, że człowiek trochę się rozkłada.  Nie w sensie ścisłym.

Nie było to moje jedyne zmartwienie medyczne, ale były ważniejsze rzeczy do relacjonowania. Mianowicie – podjadły mnie nieco pluskwy. Nie wiedzieć jak i czemu pojawiły się w moim łóżku, co początkowo spowodowało kropki tu i ówdzie –  ale pod koniec ubiegłego tygodnia obudziłam się już cała w okropnie swędzących plamach. Na szczęście zasięgnęłam mniej i bardziej nowoczesnych metod i robaków się pozbyłam.  Śladów jeszcze nie do końca 😉 Miejscowi między innymi proponują jedzenie arbuzów, a pozostałości po nich –  włożyć pod łóżko.

Arbuza co prawda zjadłam, ale pozostawienie ich części mogło by poskutkować zmianą napastnika na mrówki.

Nie pisałam też  o weekendzie. Faktycznie popłynęłam na Karkar. Tym razem nie sama, a w towarzystwie młodego antropologa z Australii. Swoją drogą tutaj, jeśli ktoś jest biały, to z dużą dozą prawdopodobieństwa jest misjonarzem, antropologiem, nauczycielem albo lekarzem. Albo miksem powyższych. W każdym razie ocean, jak to ostatnio bywa był dość rozbujały, choć zdecydowanie mniej, niż podczas mojej poprzedniej podróży. Nie było ani jednej fali, która wyglądałaby na naszą ostatnią 🙂

Nucąc pod nosem „10 w skali Beauforta” spojrzałam na mojego współtowarzysza, który zmienił kolor skóry na średnią zieleń. Wyznał mi, że nie wie co on właściwie robi ze mną na tej cholerne łodzi, i że jest tu dlatego, że ktoś go poprosił o towarzyszenie mi. No cóż, nie wszyscy wiedzą, co się mówi, a czego nie. Ja za to miałam w perspektywie nieproszoną ochronę, która w dodatku jest przerażona. Na szczęście nie było tak źle, bo człowiek ten szybko zmienił zdanie, kiedy zobaczył wyspę.

Nie pojechaliśmy natomiast w kolejne miejsce – Bagabag, z powodu problemów z silnikiem motorówki. Biorąc pod uwagę stan wody, który z każdą godziną był gorszy – może i lepiej. Karkar jest tak piękny, że mogłabym spędzać tam każdą wolną chwilę.

Wczoraj w nocy natomiast mieliśmy trzęsienie ziemi. Tzn ja po wydarzeniach dnia poprzedniego spałam jak zabita, wiec musiałoby zrzucić mnie z łóżka, żebym cokolwiek zauważyła, chociaż prawdopodobnie i tego byłoby za mało.  Tu trzęsienia ziemi nie są niczym dziwnym,  można nawet zaryzykować twierdzenie, że nikomu nie szkodzą. Oczywiście nie mówię o wielkich trzęsieniach, które mogłyby spowodować tsunami, ale to rzadkość. A nawet jak przychodzi – zwykle jest malutkie.

Nie można przejmować się za bardzo 🙂

 

Zamieszki

Dzisiaj czuję się jak reporter i lekarz wojenny.

W mieście doszło do zamieszek, przy okazji których miejscowi postanowili okraść azjatyckie sklepy i wynieść z nich co się da. Podobno miejscowi dostali pozwolenie od ministra na to,  aby ograbić dziś i jutro Azjatów, przez których czują się wykorzystywani.  Zaczęły się więc bójki z ochroną i policją. I strzelaniny.

Trudno mi cokolwiek relacjonować,  bo wersja każdego, kto był coś w stanie powiedzieć się różniła. Wiem tylko, że setki ludzi wyszło na ulicę, a nam w szpitalu nawet nie śniło się, że może być tak ciężko. Przynajmniej mi. Poranek jak każdy inny, i nagle zaczynają zwozić jednego rannego za drugim.  Nikt nie wiedział, co się dzieje. Myślałam, że to może jakiś wielki karambol.

Między nami Polakami zaczęły się telefony czy jesteśmy cali.

Mniej chorzy pacjenci przebywający na oddziale po prostu uciekli.  Kiedy przestałam zajmować się jednym chorym słyszałam już krzyki, aby nie wpuszczać innych, a ludzie leżeli na ziemi krwawiąc. Nikt nie wiedział nawet, kto w jakim jest stanie. Odnaleźliśmy więc najbardziej chorego i zajęliśmy się nim. Wyglądał na dźgniętego w okolicach serca,  ale później znaleźliśmy podobną ranę na plecach. No właśnie – podobną, nie wyglądała więc na postrzałową, ale z ich home-made-gunów to nigdy nic nie wiadomo.  Przyszli też na pomoc lekarze i pielęgniarki z innych  oddziałów, którzy akurat byli wolni, mimo tego zaopatrywanie ich zajęło kilka godzin.

Akurat chłopak, którym się zajęliśmy prawdopodobnie był przypadkową ofiarą,  a dokładniej przechodzącym tamtędy 17-letnim uczniem. Mimo półtoragodzinnej reanimacji zmarł.

Zlana potem i absolutnie wykończona poszłam do kanciapy, gdzie spotkałam drugiego lekarza, który go ratował. Mimo tłumu na zewnątrz,  oboje przez jakiś kwadrans leżeliśmy na biurku nie odzywając się do siebie.

Podobno Madang był do niedawna spokojnym nadmorskim miasteczkiem,  perłą Pacyfiku. Albo mam akurat pecha, albo już przestał nim być. Tak czy inaczej czuję, że robię to,  po co przyjechałam.

Inicjacja

Tego postu nie było w planie, ale się tu pojawia z bardzo ważnego powodu. Moja siostra właśnie dziś obchodzi swoje 18 urodziny.

Wszystkiego najlepszego Paula!

Chciałam zamieścić filmik, jak śpiewam sto lat w pidżin, ale okazuje się, że oni nie śpiewają sto lat. Biorąc pod uwagę to, że wielu nie wie ile ma lat, myślę, że pytanie o urodziny byłoby bezcelowe. Próbowałam się dowiedzieć, ile ma się lat jak osiąga się pełnoletność.  Niestety nie zostałam zrozumiana. Pytam więc: „no wiecie, jest się dorosłym, można wziąć ślub, pić alkohol i prowadzić samochód”. W odpowiedzi usłyszałam, że ślub można wziąć zawsze jak się nie jest małym dzieckiem, alkohol piją dzieci, a samochód prowadzą ludzie, którzy go posiadają. Jestem już miesiąc w PNG a wciąż zdarza mi się zadawać głupie pytania 😉

Chciałabym w takim razie napisać kilka słów o inicjacji. Inicjacja tak, jak każda inna rzecz w tym kraju wygląda zupełnie inaczej w każdym rejonie. Moje „dane” pochodzą od kilku mężczyzn z rejonu Sepiku, zastrzegam, że nie robiłam szeroko zakrojonych badań antropologicznych 😉

Przede wszystkim przechodzą ją tylko chłopcy. Dziewczynki będące z natury istotą bardziej duchową i magiczną, ze względu na płodność, której mężczyźni raczej nie rozumieją.

Kiedy chłopiec dojrzewa zabiera się go w odosobnione miejsce, na kilka (6-8) tygodni, gdzie przechodzi ostrą naukę życia. Osobiście najbardziej ruszyło mnie to, że są głodzeni.

W rejonie, o którym piszę zdobywają oni w tym czasie „tatuaż” w kształcie krokodyla. Trzeba przyznać, że jest on niezwykle imponujący. Składa się on z setek misternych nacięć na ciele, które później o zgrozo naciera się najróżniejszymi świństwami, żeby się nie goiły. Może medycznych kolegów i koleżanki zainteresuje fakt, że clue polega na tym, aby utrzymać stan pomiędzy SIRS, a sepsą. Mnie rzecz jasna ta informacja zbulwersowała, ale w odpowiedzi usłyszałam, że to setki lat doświadczeń sprawiły, że potrafią to zrobić. Zrozumiałam, że jest to kwestia dumy. A ponieważ rozmawiałam z kolegą, pozwoliłam sobie na komentarz, że faktycznie musi być to niesamowita umiejętność, jeśli ta praktyka wciąż powoduje zgony. Milczenie kolegi niestety potwierdziło moją teorię.

Sepik

(Zdjęcie ze strony www.crazyforlists.com)

Kolejna kontrowersyjną rzeczą jest fakt, że robią to w znieczuleniu 😉 Aby znieczulić ciało wkłada się chłopca do lodowatej górskiej rzeki na kilka godzin.

Jednym z bardziej powtarzalnych elementów i kluczowych dla inicjacji jest obrzezanie. Na moje pytanie, czy opanowali też buszmetodę znieczulenia regionalnego penisa odpowiadali, że jest to bardzo szybkie i właściwie nikt z nich nie wiedział nawet kiedy to się stało. Wokół chłopca zbiera się wtedy wiele ludzi, cały męski klan najczęściej, którzy w tym wypadku kręcą dzieckiem tak długo, aż traci on orientację.

Każdą inicjację kończy też wielka uczta, podczas której biedak znów nie ma lekko, bo wygłodzony ma ściśnięty żołądek a jedzenie jest w niego wmuszane.

Moim ostatnim pytaniem było, czy masz syna i ewentualnie, czy jeśli byś go miał, czy chciałbyś, żeby przeszedł on pełną inicjację. Wszyscy zgodnie potwierdzili, poza lekarzem, który postawiłby tylko warunek, że to on musiałby dokonać obrzezania.

To podstawowa wersja inicjacji, są też wersje bardziej zaawansowane, kolejne etapy wtajemniczenia. Trudno było mi wydobyć z nich co konkretnie mają na myśli. Powiedzieli tylko, że to duże próby, podczas których ludzie muszą robić bardzo złe rzeczy. Nie byłabym sobą, gdybym nie pociągnęła za język. Jedyna rzecz, której się dowiedziałam to to, że muszą zabić „własną krew”. Żaden z pytanych nie przyznał się do przechodzenia takich rytuałów.

A więc… jeszcze raz STO LAT dla dorosłej Paulatki 😉

Jeszcze  jedna rzecz i jedne ważne życzenia. Jutro z kolei urodziny obchodzi osoba, bez której nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Wszystkiego najlepszego dla, pełnoletniego już jakiś czas – ojca Edka!

Wiem, że to czyta 😉

Uroki PNG

Dziś doświadczam uroków PNG. Ten weekend miałam spędzić na pięknej wyspie Bagabag. Aby tam jednak dotrzeć, najpierw miałam wrócić na Karkar. Niestyty łódź pływająca o 12, dziś wyruszyła rano. Miała co prawda ku temu powód – ostatnio ocean jest dość niespokojny z powodu pory wietrznej, podczas gdy rano pogoda jest jeszcze znośna, a woda jak na swoje możliwości spokojna. Tak też, nie informując pasażerów, łódź postanowiła zmienić godzinę wypływu. Cóż, tak to już tu bywa. Zawsze spodziewaj się niespodziewanego – mówią.

Tak samo bywa zresztą ze wszystkim, w jakże szerokim sektorze usług 😉 Nie będe nawet rozwijać się nad typowo tropikalnym postrzeganiem czasu. Umawiając się z kimś na konkretną godzinę, można spokojnie dołożyć z pół, do godziny. Najlepiej zapytać wprost czy chodzi o godzinę X, czy godzinę X czasu PNG. Zgadzam się też ze stwierdzeniem – my mamy zegarki, oni mają czas.

Wracając do tematu, na stronie lokalnych, acz głównych lini lotniczych można natomiast przeczytać „potwierdzona rezerwacja nie gwarantuje miejsca w samolocie” – i nie chodzi tu wcale o tzw. overbooking, a to, że w każdej chwili może zechcieć kupić bilet jakiś bigman, a co za tym idzie, ktoś z siedzących już w samolocie będzie musiał ustąpić mu miejsca.

Na domiar złego pogryzły mnie obficie tutejsze niewielkie (i tak mnie przerażające) pająki, pozostawiając duże czerwone ślady i wysypkę na całym ciele.

Ale, mimo wszystko, jest dobrze 😉

20150626_143220_1

Jutro spróbuje ponowić wyprawę.

Od wczoraj, ku mojej radości, zrobiło się chłodniej, nie ma już 40stopni w cieniu, w nocy spadło kilka kropel deszczu, może jeszcze kilka spadnie, a jak sie uda to na Karkarze będzie nawet woda pod prysznicem 😉 Ja czuję, że już przystosowałam się nieco, i temperatury nie są już dla mnie tak mordercze. Za to pot spływa litrami, prawie jak z miejscowych. Obawiam się, że trudno mi będzie wrócić do polskich realiów lata i będę chodzić w kurtce przy 20stopniach.

Żeby jeszcze napisać coś optymistycznego, mogę się pochwalić, że dokonałam pierwszego w swoim życiu obrzezania, a mężczyzna, którego sprawa dotyczyła wzruszył mnie bardzo jedną z największych pochwał, jakie tu usłyszałam „dziękuję ci kobieto lekarzu – jesteś odtąd moim lekarzem”.

Myślę, że adekwatne będzie podsumowanie zdaniem – „mała rzecz a cieszy” 😉

Magia odcinek 1

Chciałabym zacząć od tego,  że trudno mi pisać o rzeczach, których sama (na szczęście) nie doświadczyłam, ale staram się rozmawiać i szukać informacji zarówno u miejscowych, jak i misjonarzy,  patrzących na to z boku. Mam więc nadzieję, że jest to dość obiektywne.

Jedno wiem na pewno. Większość opowieści, które o Papui usłyszeć można w mediach jest zmyślona. To całkowita papka faktów i mitów.  Nawet fakty są jakby bardziej kolorowe. Jakoś tak łatwiej sprzedać informacje, ze ktoś kogoś zjadł niż zabił.

Do rzeczy. Sanguma czyli wiedźma, trochę temat tabu. Słowo, którego nie należy mówić zbyt głośno.

Żeby zrozumieć kontekst należy mieć na uwadze to, że Papua to zlepek klanów i wierzeń, ze wspólnymi elementami, ale różniących się zasadniczo. Można zatem wyróżnić dwie postacie sangumy: nadmorską i górską 😉

Ta pierwsza jest bardziej formą truciciela, który może zrobić krzywdę czysto fizyczną, kiedy coś mu się nie podoba. Można też go wynająć, aby za pieniądze się kogoś pozbył. Z tego co udało mi się dowiedzieć koszty zatrudnienia sangumy na umowę zlecenie nie są szalenie wysokie;p Bycie taką osobą wiąże się z szacunkiem społecznym, albo jak kto woli ze strachem. Ponoć istniała nawet szkoła dla nich, która sami sobie stworzyli. Czasem się zdarza, że ludzie, szczególnie kobiety, które boją się odrzucenia społecznego same o sobie mówią, że są takimi trucicielkami, aby zdobyć pozycję.

Miejscowi przetestowali swoje umiejętności na białych i okazuje się, że ta „magia” działa i na nas, co oznacza,  że jesteśmy całkiem zwykłymi ludźmi.

Drugą,  bardziej kontrowersyjną formą jest wersja lądowa, czyli bardziej magiczna. Tu konkretnie chodzi o używanie czarów. Myślę, że część z ludzi naprawdę w to wierzy, a druga część wykorzystuje to do własnych celów. Ta forma magii jest źle postrzegana, w związku z czym mozna powiedzieć po naszemu, że urządza się polowania na czarownice.  Dziwnym trafem akurat o czary oskarżane są kobiety samotne (oznacza to raczej wdowe niż starą pannę), które ktoś musiałby przygarnąć i wyżywić, albo po prostu są niewygodne. Lud oznajmia więc, że kobieta jest sangumą, a wtedy należy ją zabić. Oczywiście jest to niezgodne z prawem, a wręcz prawo przewiduje karę śmierci dla morderców w tym przypadku, ale to nie przeszkadza w niczym. Co więcej wydarzeniu przyglądają się całe wioski, łącznie z policją, i każdy boi się stanąć w jej (zwykle) obronie, bo oznaczałoby to współudział. Kobiety są brutalnie gwałcone i mordowane, np przez założenie na nie opon i podpalenie, oczywiście na oczach rodziny.

Do oskarżenia wystarczy jeden świadek, który może np powiedzieć, że wyszedł w nocy z chaty i zobaczył jak do drugiej wbiega szczur, wszedł więc do niej, a tam zobaczył nieprzytomną (prawdopodobnie śpiącą) kobietę. To zatem oznacza, że wstąpiła ona w ciało owego szczura i poszła zwiedzać. Musicie przyznać, że brzmi jak niepodważalny dowód winy. To wystarczy.

To nie zdarza się często, ale wciąż ma miejsce. W PNG sądy lokalne jeszcze długo będą ważniejsze niż prawo.

Do tej pory nie wykonano ani jednej kary śmierci za morderstwo pseudosangumy.

 

Wild thing, you make my heart sing!

Jak już część z Was widziała, udało mi się znów uciec do buszu 😉

Dzień zaczął się ciężko. O 3 w nocy obudził mnie krzyk dziecka z sąsiedniego domku, po czym usłyszałam też krzyki dorosłych, a potem uderzenia busznajfem. Będąc pewna w swej nieprzytomności, że dziecko zostało ukąszone przez węża (inni zabijają go, żeby przynieść do szpitala) wybiegłam zobaczyć dziecko.

– Złapaliście go? – zapytałam.

– Tak – krzyknęli od razu.

– Dajcie mi dziecko – powiedziałam łamanym piżdżin. Przyprowadzili mi wystraszoną dziewczynkę, może 5letnią.

– Zabiliście go? – i tu nastąpiła chwila konsternacji i spojrzenia pełne podziwu. Nie rozumiałam o co im chodzi.

– Nie no, stoi tutaj.

Okazało się, że jeden ze studentów z okolicznego kampusu próbował ją zgwałcić. Kiedy dowiedziałam się, że nie zdążył tego zrobić, a dziecko jest całe, uciekłam czym prędzej do domu, żeby nie być w to wplątana.

Niestety gwałty tutaj i na kobietach i dzieciach nie są niczym niezwykłym. Rozmawiałam z nimi następnego dnia. Powiedzieli, że nie zadzwonią na policję, że trzeba dać mu kolejną szansę. Kolejna szansa to ni mniej, ni więcej niż chęć uzyskania kilku świń zadośćuczynienia. Taka kultura.

Policja zresztą niewiele robi. Zwykle mówią, że oni to bardzo chętnie, ale nie mają benzyny. A jak ktoś przyjeżdża na komisariat – nie mają papieru, żeby napisać raport.

Mimo grozy sytuacji, kiedy wróciłam do łóżka, uśmiechnęłam się, mając w głowie ich spojrzenia, kiedy już zrozumiałam kontekst. Wszyscy sąsiedzi teraz kłaniają mi się w pas. Myślą chyba, że się wpasowałam ;p

Ale, ale… nie o tym miał być post.

Wraz z australijska wolontariuszką – pełną werwy 60-letnią pielęgniarką, moją miejscową bratnią duszą – doktorem Gawi  (w języku pidżin – orzeł) oraz jeszcze jednym pielęgniarzoochroniarzem pojechaliśmy na wieś robić tak zwaną klinikę. Oznacza to, że widzimy ludzi, którzy w innym wypadku nie mogą nas zobaczyć, bo nie mają jak dojechać do szpitala. Daje to strasznie dużo satysfakcji, bo pomaga się tym ludziom bardzo realnie. Niektórzy wędrują z gór cały dzień w tym celu. Część jest naprawdę chora, część trochę wymyśla, bo też chciałaby uzyskać poradę lekarza, którego nigdy nie widziała.

Zaraz po oglądaniu pacjentów czekała mnie niespodzianka, a mianowicie zastaliśmy zakwaterowani w chatce w połowie na wodzie. Z tarasu skakaliśmy do oceanu, w którym nie będę nawet próbować opowiadać, jak pływało się nocą. Siedząc na tym tarasie, patrząc w gwiazdy, pijąc lokalne piwo i mając przy sobie tak wspaniałych ludzi, uświadomiłam sobie, że mogłabym przyjechać do PNG dla tego jednego dnia i jednej nocy.

11652104_993663094018391_1331574255_n

Szczęśliwie nie zjadły nas rekiny, ani inne dziwne rzeczy, którym też się tu podoba. Chciałam nawet spać na tarasie, ale terapia przeciw HIV powoduje halucynacje więc dałam sobie spokój 😉 Jeśli chodzi o mnie – nie znoszę jej tak ciężko, jak niektórzy, codziennie rano czuje się pijana i chce mi się wymiotować, ale to mija, a porównując do pierwszego dnia, kiedy miałam wrażenie bycia odciętym od świata i kompletnie nie mogłam o niczym myśleć – to w zasadzie nic.

Wracając do naszej chaty, noc upłynęła pod hasłem „tell me another story of voodooshits” 😉 Wiec słuchałam. O wierzeniach, o inicjacji, o magii. Będąc wśród ludzi, nie można nie znać ich kontekstu kulturowego, inaczej nie zrozumie się ich działania, a wręcz narazi na niebezpieczeństwo.

Obiecuję, że niebawem o tym napiszę.

11655341_993669047351129_209399485_n

« Older posts

© 2017 Martyna

Theme by Anders NorenUp ↑